7 sierpnia 2014

Nasza własna filmowa historia I Autostopowy powrót vol.5

Fabienne wracała akurat z pracy, gdy zobaczyła nas siedzących na murku z kartonem "ANYWHERE". Nigdy wcześniej nie brała autostopowiczów, ale nasza tabliczka wprawiła ją w takie zdumienie, że postanowiła zawrócić. A raczej ciekawość ją zawróciła, bo jak szalonym  trzeba być, żeby chcieć jechać  "gdziekolwiek"?

To nie mogło dziać się naprawdę.

Przynajmniej tak samo, jak szalonym, żeby zaprosić takich ludzi do domu. Bo już po krótkiej rozmowie w samochodzie, Fabienne zaproponowała nam nocleg u siebie na tarasie. Za chwilę zaprosiła na kolację, bo obok jej domu jest knajpka, która w 2011 roku zdobyła mistrzostwo Włoch w robieniu pizzy, więc koniecznie musimy porządnie zjeść (przecież skoro włóczymy się już tyle czasu... to ona woli nawet nie myśleć, jak długo nie jedliśmy :D ). A po kilku godzinach chciała, żebyśmy zostali u niej cały weekend, a ona nam kupi później bilet na pociąg albo samolot, żebyśmy dotarli bezpiecznie do domu.


Podjechaliśmy pod mieszkanie, Fabienne zaprowadziła nas na basen i wyszła z psem na spacer. Basen - na dachu, z widokiem na morze i Monako. Przebraliśmy się szybko, zrobiliśmy trochę zdjęć, wskoczyliśmy do wody i roześmialiśmy w głos. Akcja jak z filmu, albo dobrej książki. Nawet zagrałam trochę filmowo, mówiąc: "Marcin, uszczypnij mnie, to nie dzieje się na prawdę!". Uszczypnął, zabolało jak nie wiem co, a ja wciąż nie mogłam uwierzyć.
"Obrotowe selfie" zastrzeżone wszelkimi prawami autorskimi!

Po kąpieli było wino na tarasie, a później wieczorne wyjście na kolację. Przez cały wieczór towarzyszył nam też przyjaciel Fabienne, Marc. Niesamowite było, z jaką łatwością wszyscy ze sobą rozmawialiśmy. Sama byłam zaskoczona, że poznaliśmy się zaledwie kilka godzin wcześniej.

Marc i Fabienne.
Gdy do wyboru jest 320 pozycji, w pewnym momencie wybierasz tę, na której akurat zatrzymał się Twój wzrok.
Miejsce zasługiwało na swoje wyróżnienie, to była jedna z lepszych pizz jakie jadłam.
Poranek przywitał nas wschodzącym słońcem i krzątającą się Fabienne w białym puchatym szlafroku, która "na dzień dobry"  wypiła z nami dzbanek zielonej herbaty. Spakowaliśmy się, zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć, Fabienne podpisała nam tabliczki (moja niestety zgubiła się na stacji benzynowej w Niemczech :( ) i moją flagę. Ranek zakończyliśmy śniadaniem w uroczej kawiarni i spacerem po Bordigherze.


Fabienne bardzo liczyła na to, że się przełamiemy i jeszcze trochę zostaniemy. Serce mi pękało gdy opuszczałam to miejsce... Ale wciąż wierzyliśmy, że mimo sobotniego poranka we Włoszech, niedzielny wieczór spędzimy już w Polsce. Cel był jasny: Mediolan i byle bliżej Polski. Tak, postanowiliśmy zaryzykować przejazd przez Włochy. I tym właśnie sposobem, w sobotę jechaliśmy rekordową ilością samochodów, fundując sobie malowniczą trasę przez... francuskie Alpy.